I tak oto minęły kolejna sobota i niedziela, w pełni wolne od pracy, niewolne od zajęć. Obecność w studiu pozwala mi oswoić sie z otoczeniem. Praca z obcymi ludźmi, to nie to samo co zabawa ze znajomymi, ale będzie dobrze… zobaczysz.
Szczęśliwie udało nam się również zespolić z naturą w pomarańczowym świetle zachodzącego słońca, a Brytan przyniósł nawet do domu dwa kleszcze, z których jeden postanowił się w trakcie swej wędrówki przenieść na mnie. Mój imponujący głos wewnętrzny pozwolił mi zlokalizować szybko intruza na garderobie i zakończyć parszywy żywot, rozpalonym,calanowskim ołówkiem. Swoją drogą wyszła z tego niezła skamielina, bo czarny kleszcz przywarł do osmolonego ołówka.
Pamięć Papieża przeżyliśmy w ciszy , w naszym kameralnym kościółku parafialnym i to było miejsce w którym chciałam się wtedy znaleźć. Niepotrzebny mi tłum ludzi i wielka solidarność, nie wzrusza mnie ta mobilizacja. Natomiast cieszy mnie to, że coraz lepiej rozumiemy się z moim Nim, w takich momentach czuję metafizyczną bliskość i to jest najprzyjemniejsze uczucie na świecie. W zasadzie czasem jedno zdanie wystarczy za cały wykład, tym bardziej jeśli je zapamiętasz. Obiecuję zatem sobie, że Mu zaufam i pójde w dobrą stronę
Narazie tyle, robi się gorąco wokół mnie.
Aha.. w lodówce znowu zagościły jajka
Kwiecień 3rd, 2006 at 09:56
Mądre słowa. Kość łódeczkowata podcięła mi skrzydła.. wierze ze na chwile.