Trudno było mi wczoraj odnaleźć sens istnienia, tego kim jestem i z kim dzielę życie. Po co to wszystko, dlaczego tak a nie inaczej. Ze spokojnym licem i burzą w środku po raz kolejny zszargałam swoje choleryczne nerwy i gdyby szalejące neurony wydalały zapach, to ja osnuta byłabym smrodem palących się gum.
Z tej dzikiej matni wyrwał mnie długi spacer gdzieś , gdzie On nie ma dostępu, taki mój mały skrawek. W tym świecie zatopiona w muzyce, jak za czarodziejskim głosem wspomnień odnalazłam pachnace jaśminowe drzewo. To taki mały symbol naszego wyjazdu poślubnego, a wczoraj była 1 rocznica. Rocznica która mnie rozgoryczyła, bo przecież już minęła..w okropnej atmosferze, a chciałam inaczej.
Pozostał ból i żal straconego wieczoru.
A na koniec wszystkiego o 22 przyopmniał mi się zabobon, że na szczęście ślubną wiązankę należy spalić w pierwszą rocznicę. Więc wzięłam ją z płaczem, pożyczyłam od sąsiadów zapalniczkę i do windy.. w myślach szukając miejsca na stos odpowiedniego.
Po zjechaniu na dół wróciła mi trzeźwość umysłu, a w ślad za nią i ja do domu powróciłam z bukietem całym , acz suchym bo jednorocznym.
Mąż oczy wytrzeszczył – “i co nie palisz”? – zapytał
A ja hardym głosem krzyknęłam – “sram na zabobony”
Następnie z miną skrzywdzonego ktosia postanowiłam wykąpać się przy blasku latarni morskiej stilo.
Koniec wieczoru banalny, a serce złamane.
Tęsknie za domem swoim, rodzinnym. Za moimi, starymi ścieżkami.