delfin vel słoń

Piątkowy dzień zaczął się znakomicie, w świetnej formie, choć z lekkim leniwcem, rozluźniłyśmy sie w basenie rekreacyjnym, by później przejść do skali mistrzów i pływać między rekinami sportu w basenie ogólnym. Na plecach pływam już całkiem jak żabka, z tym że u tych brzuchem do góry to wiadomo kiedy.. po zgonie. Ja omal też nie zaliczyłam zgonu, gdy mój wspaniałomyśłlny mąż zamiast iść jak założył do jacuzzi ( i zostawic cały tor dla delfina) postanowił przepłynąć pode mną, podczas gdy ja brzuchem do góry i żabką i na środku basenu i już zmęczona i oddechy mi nie wychodziły i …. opiłam się wody z każdej strony tak jak nie lubię, siejąc panikę  głowie i  niepokojąc dziecko.

Szczęśliwi, zmęczeni, z wodą w uszach gnamy do spraw dnia codziennego, On do biura ja uzupełnić podstawowe zaopatrzenie. Rano wiadomo pustki w sklepach, tylko babcie niczym nieznużone porównujące ceny margaryny… zapomniałam jednak, że tuż tuż za rogiem czają się kolejne święta, więc to co działo się w sklepie to MASAKRA. Kolejki, miny, wrzaski, zderzanie się wózkami itp. Próbowałam chronić słoniowy brzuch przed natarciem obcych, którzy nic poza własnym koszykiem i towarem naokoło nie widzą, uśmiechać się do półek, zostawiać wózek w jednym miejscu i zbierać po prostu rzeczy pod pachy.
Wszystko skończyło się pomyślnie, a ciąża jest nadal dla ogółu niezauważalna :D

Posted in Bez kategorii | 2 Comments »

2 Responses

  1. mąż Says:

    wode mam nadal w uszach, to po tych nawrotach – dam sobie spokój

  2. mąż Says:

    a tak wogóle, to jak przepłynąłem pod Tobą, to udawałem płaszczkę :)

Leave a Comment

Please note: Comment moderation is enabled and may delay your comment. There is no need to resubmit your comment.