Powakacyjny przygnebion minął bezpowrotnie. Zasługa to zapewne mojego wpsaniałego męża (niewolnego od prznębienia także) oraz spaceru pod tytułem- “bo lubię dochodzić do końca”
w taki oto sposób zapuściliśmy się w naszym wiejskim ursusie na spacer wzdłuż traktu kolejowego, gdzie cudownie pachniało podkładami kolejowymi, pod stopami ubłocona ścieżka i dwa ekspresowce mijajace z wielkim hukiem.
Dla mnie ten huk i zapach to miłe wspomnienie beztroskiego dzieciństwa toczącego się blisko torów kolejowych. Panowie kolejarze pozdrawiajacy z sapiących towarowców i ja, drobna blondynka machajaca naiwnie rączka. Wtedy ta kupa żelastwa totalnie mnie nie przerażała. Ciekawe że większość dziecinnych wspomnień to wydarzenia dziejące sie w słoneczne, wakacyjne dni. A z zimy pamietam głównie oczekiwania na świeta bożego narodzenia, szukanie zabawek, choinke i zapach śniegu. Lato to zapach siana i traw, kolei i wiatru wpadajacego we włosy kiedy pedałowałam na wszystkoznoszącym pelikanie
Blanka będzie wspominac wakacje w Kłudziu, ciepłe z domowymi kluskami przypieczonymi na kaflowej kuchni, pachnacymi przypalona mąką, chlebem ze śmietaną i cukrem, albo z woda i cukrem. Kotem na lepce i zapachem maciejek przy schodkach.. już my się o to postaramy.