Warszawa w której mieszkam, którą przemierzam z dzieckiem to w zasadzie przedmieścia. Mają swój niepowtarzalny klimat. Ze specyficznym smutkiem wnętrza mijam ciągle te same stare, zniszczone domy, budynki samotnych ludzi i wielu nieszczęść. Tak, zniszczony dom wyglada jak “skarbnica” niepowodzeń, jednocześnie to coś, co w sobie mają wywołuje marzenie ze do nich wchodze, wciagam mocny zapach wilgoci, starosci, zaniedbania i chcialabym zeby byly moje. Pragnienie posiadania choc jednego z tych domków jest pociagajace bo nierzeczywiste, przeciez mój prawdziwy domek w Kłudziu jest taki sam, tajemniczy i opuszczony, dodatkowo śmierdzi, a kiedy wyobrazam sobie siebie porzadkujaca ten skansen to w wyobrazeniach za kazdym razem odrywam linoleum ze scian. Pod nim masa glizd, jajeczek i wszystkiego czego jeszcze mozna spodziewac sie pod takim zawilgitnialym badziewiem. Nie, nie chce mi sie sprzatac Kłudzia, a szkoda. Może razem byloby razniej, ale Tobie tez sie nie chce , wiem to, brzydzimy sie oboje.
Po tygodniowej przerwie przemierzylam krótki odcinek spacerowej trasy, dziś zdecydowanie widze wiecej, moze stad wlasnie pomysl na pokazanie mojej warszawy.. zatrzymanie jej na dłuzej, bo przeciez juz niebawem stad uciekne, a wtedy pozostana tylko wspomnienia.
Sierpień 23rd, 2007 at 12:13
Nie brzydze sie, zrobilbym to gdybym pracowal na etacie, miał kupe wolnego czasu.
Moze za duzo rzeczy na raz?
Sierpień 24th, 2007 at 01:23
a wiecie, ze w ursusie jest jedno z najwyzszych w warszawie stezen NOx i pyłów zawieszonych? zdziwiło mnie to trochę, bo tam z ruchliwych dróg tylko jerozole chyba są… ale jednak.