Dziś dotarło do mnie że wzięłam na swoje barki zbyt wiele.
Jako matka dwójki małych dzieci, właścicielka przerośniętego wyżła, kucharka, sprzątaczka, niespełniona zawodowo osoba, bez wyraźnego planu na życie.
Z przeciążonym kręgosłupem, w który przynajmniej raz w tygodniu wbijano mi siekerę, dopóki nie zaczęłam wstawać o 5;40 po bezsennych nocach, by przejechać w chuj drogi na pół godziny ćwiczeń i 8 minut jeźdzenia prądem po lędźwiach.
Z poparzonymi nogami, gdzie z wyraźnie głębszej dziury sączy się zielony płyn, a ta boli coraz bardziej miast przestawać….
Do tego wszystkiego ząbkujący syn z problemami gastrycznymi, który wyciem dniem i nocą osładza mi beztrosko płynące chwile macierzyństwa.
Gdybym mogła zabijać wzrokiem to dziś skazałabym się na piekło z bardzo prozaicznej przyczyny jaką jest psie gówne na osiedlowym trawniku.
Miałam naprawdę dobre chęci, nie odstraszyło mnie wycie (naprawde wycie!!!) Blanusi, która zmęczona najpierw odmówiła wyjścia w założonych spodniach, później ubrana całościowo odmówiła pójścia w ogóle, ostatecznie wzięłam ją na ręce co złagodziło stan histerii na chwilę.
Nie odstraszyły mnie też śnieg i zawierucha, nieodśnieżona breja na chodnikach, nie ugięłam się nawet od braku odpowiednich butów (wyszłam w tramkach) ani ciepłej kurtki.
Nawet drący się w wniebogłosy Gucio nie był w stanie zmienić mego zdania, że wszyscy wychodzimy do “lasu” jak to mówi Blanka, czyli pobliskiego skrawka “parku” (sralni dla osiedlowych psów), by zaczerpnąć świeżego powietrza, dotknąć pierwszego śniegu i pozwolić pierdzącemu okropnie Luisowi wreszcie uwolnić kiszki od balastu.
Gucio drący w wózku, Blanka wyjąca na rękach, Luis zgięty w pół na smyczy przyczepionej do wózka. Ostatni Mohikanin czyli ja, brnący trampaki w rozpuszczonej masie śniegu….
Poddałam się i pozwoliłam pieskowi zesrać się na osiedlu, w miejscu gdzie miał być plac zabaw (marzenie do spełnienia), a jest kawałek topiącej się w zastałej wodzie trawy, obecnie przysypany śniegiem.
Było mi już wszystko jedno i nagle ją zobaczyłam…
Blondynka w leginsach, papuciach i sweterku, wyszła by powiedzieć mi :
- tu nie można wyprowadzać psów
- wiem, nigdy tego nie robię, ale w tej sytuacji chyba rozumie Pani…
- tak, tak rozumiem
Chciałam jej wykrzyczeć – gówno rozumiesz blond cipo, jeśli nie masz dwójki wyjących dzieci i psa wielkości cielaka na karku, gówno gówno gówno.
Trzeba przyznać że mamy asertywnych i zaangażowanych sąsiadów, żeby biec w taką piździawę specjalnie na dół z komunikatem tego typu.
Wniosek : kiedyś obgadano by mnie z resztą sąsiadów za plecami, albo doniesiono na milicje.
teraz prosto w oczy otrzymałam szczerą reprymendę, to w sumie dobre.
P.S. Trampki miałam z powodu zajebania komórki tak, że nie można do niej wejść a tym samym wyjąć zimowych butów.